Raport z wyprawy do Meksyku (22 dni)
Dzień 1
Spotykamy się punktualnie na lotnisku w Warszawie. Między nas zaplątuje się jedna osoba z innego biura i dopiero jak nas jest za dużo to dochodzimy do wniosku, że jedna Pani jest niezbyt kumata i odeszła dopiero jak zobaczyła, że rozdaję koszulki i smycze Kiribati. Okazało się, że leci też do Meksyku, tyle że nie z nami. Później przez cały wyjazd było kupę śmiechu na ten temat. Na lotnisku system KLM-u nie działa i jesteśmy odprawiani ręcznie. Idę do biura KLM-u i się dowiaduje, że samolot będzie na nas czekał, aż wszyscy się odprawia a ten w Amsterdamie również bez nas nie odleci. Po procedurze check-inu nie mieliśmy w ogóle czasu pogadać, wiec ideologie Kiribati i naszych wyjazdów tłumaczę w Amsterdamie (byliśmy opóźnieni o 1.5h ale i tak mieliśmy godzinkę). Rozdaję również listę przewidzianych wydatków i tłumaczę jak to będzie wyglądało. Wszyscy potwierdzają zrozumienie warunków i, że nie pomylili wyprawy. Jak zawsze pytają się o mnie i moje doświadczenie więc tradycyjnie opowiadam trochę o sobie.
Po wylądowaniu, wymieniamy dolary po kursie 11.75 i jedziemy na 2 taksówki (jedna 7 osobowa, druga 3 osobowa) do hotelu. Wszystkim się hotel podoba, a ja żeby zapobiec dopłacaniu do jedynki przez jednego uczestnika śpię z nim w pokoju (i tak do końca, ale to długa historia). Zbieram od nich pieniądze (dolary na hotele i peso na 2 następne dni). Po godzince na odświeżenie (ja po najszybszym w życiu prysznicu). Wszyscy idziemy na rekonesans miasta. Zaprowadzam ich na soczki i na tamtejsze kanapki. Wszyscy zachwyceni, a pani zaprasza nas zrobić sobie zdjęcie za ladą. Chłopaki próbują wyciskać soki z pomarańczy i grapefrutów. Do końca wyjazdu zostaje to ulubionym miejscem wielu osób. Później idziemy na Zocalo, gdzie właśnie trwa jakiś koncert. Zostajemy ponad godzinę, a ja tłumaczę im swoja rozmowę z dwójką Meksykan zakochanych w tej kapeli. Później, mimo zmęczenia idziemy na Torre Latino Americana do baru (o 20 nie trzeba płacić 50 peso za wstęp na mirador). Zamawiamy drinki bez lodów, robią dużo zdjęć, bo widok naprawdę super. Wracamy bardzo późno do hotelu.
Dzień 2
Nikt nie chciał jeść śniadania w hotelu, wiec prawie każdy skończył w restauracyjce za hotelem (polecam huevos divorciadas ) albo w seven eleven. Ja jadę na dworzec. Towarzyszy mi jeden z uczestników (pozniej nazywany asystentem kierownika, jako że chodził za mną jak cień). Jedziemy taksówką w jedna stronę i kupuję bilety na kolejne przejazdy.
Wracam metrem, zbierając w informacji mapki dla wszystkich (darmowe) i tłumaczę grupie jak to funkcjonuje.
Spotykamy się o 10 i razem toczymy się na Zocalo, po drodze zahaczając o Bellas Artes i Casa de Los Azuelejos. Oczywiście nikt nie odpuścił soczków. Dotarliśmy do Zocalo, gdzie najpierw poszliśmy do Katedry. Byliśmy tam ok. 11.20. Zobaczyłem, że można wejść na wieżę i dzwonnice za 12 peso, wiec im to zaproponowałem. Polecam! Impreza odbywa się codziennie o 12, a tour zaczyna się o 11.30. Normalnie chodzi się po dachu katedry i są fajne widoczki na Zocalo. Niektórzy prawie do połowy wyjazdu wspominali, że to dla nich była jedna z najlepszych rzeczy, które przeżyła (o 12 jest koncert ręcznie "napędzanych" dzwonów). Później poszliśmy zobaczyć scenkę Aztekow, poopowiadałem im trochę historii, po czym udaliśmy się zobaczyć freski Diego Riviery (ja musiałem zostawić paszport, a na dodatek zrobili mi fotkę, z której zrobili nalepkę na mój t-shirt). W drodze do Tenochtitalnu, zrobiliśmy przerwę na cole, obejrzeliśmy tańce, ale nikt nie chciał przejść rytualnego oczyszczania u Indian. Po szybkim przejściu przez Tenchotitlan, udaliśmy się metrem do Chapultepec do Muzeum Antropologicznego. Po 1.5 godzinie pomogłem dwóm osobom dostać się do Muzeum Fridy (wrócili zachwyceni). Po wyjściu reszty, spróbowaliśmy tortilli z czarnej kukurydz z dodatkami i obejrzeliśmy występ voladores. Niektórzy chcieli w drodze powrotnej wrócić na jarmark do parku i pokupować koszulki itp. Wiec umówiliśmy się pod wejściem do metra. Po 10minutach zaczęło padać. Zgubiliśmy Pawła. Telefonu nie odbierał, bo jego tel. nie działał (brak 3 zakresowości). Czekaliśmy 20min i pojechaliśmy sami (ja z planem szeroko zakrojonych poszukiwań). On zadowolony już był w hotelu - poszedł do innego wejścia metra, ale sobie poradził.
Wciągu dnia załatwiłem transport do Teotihuacan. Zapłaciłem również za 1 pokój na bagaże i prysznic dnia następnego.
Na kolacje - dla odmiany poszliśmy na soczki i tamtejsze ogromne burgery. Wieczorem przyszedł mój znajomy, który po angielsku poopowiadał grupie o Meksyku i zabrał nas na plac Garibaldi. Wiele się nie działo, ale my jak miejscowi kupiliśmy po piwie w monopolowym i poszliśmy na środek placu posiedzieć i poobserwować. Każdemu się podobało, oddali butelki (z karteczka za kaucje) pobliskim żebrakom. Później jeszcze poszliśmy na tequilę i salsę. Przy okazji zrodziła się nazwa Kiribati CHLUP. Klimacik jak najbardziej był.
Dzień 3
Po śniadanku na mieście spotykamy się w hotelu skąd nas odbiera Alfredo. Jedziemy do Tlateloco, gdzie na placu 3 kultur odbywa się aerobik "uniwersytetu 3go wieku". Cała grupa dołącza do zdezorientowanych meksykańskich emerytów i ćwiczy razem z nimi. Później jedziemy do pracowni srebra Rafaela (godne polecenia!!) Ludzie dostają obrazki, kupują naszyjniki, pierścionki itp. A nawet 2 dziewczyny zamawiają sobie różne napisy do wygrawerowania wiec w drodze powrotnej odbieramy dzieła sztuki. Zostajemy poczęstowani herbatką, kawką, a niektórzy tequilą czy piwkiem. W drodze ludziska za moja pomocą pytają się o wiele rzeczy samego Alfreda, a on raczy ich historyjkami, które się bardzo podobają. Później już przy samych ruinach Teotihuacanu, zatrzymujemy się w jednym gospodarstwie, gdzie Pani pokazuje nam możliwości agawy (nici, igła, kolory itp.). Mnie samemu ciężko ukryć zachwyt. Zapraszają nas na poczęstunek pulque, mezcalu i tequili, a później na zakupy do sklepu, gdzie nikt z nic nas nie kupił oprócz lodów i napojów. Poszliśmy do Teotihuacanu. Nie chcieli przewodnika. Chodziliśmy razem, a oni wpadli na pomysł, żebyśmy przysiedli i poczytali przewodniki (każdy miał inny). Mnie to jak najbardziej pasowało i tak zostało do końca wyprawy. Po zwiedzaniu, wszyscy byli głodni, wiec pojechaliśmy na obiad. Zaprosiliśmy też Alfredo. Później szybko oblecieliśmy Bazylikę z Guadelupe, niektórzy poświęcili zakupione dewocjonalia. Po kolacji i prysznicu zamówiłem w recepcji taksówki. Już chcemy wsiadać, kiedy coś mi tu nie gra - taksówki bez oznakowania, bez taksometru, wiec pytam za ile nas zawiozą. A on wyskakuje z kosmiczną ceną. Salwa śmiechu i poważna rozmowa z recepcjonistą i idziemy na główną ulicę łapać normalne taksówki. Każde 3 lub 4 osoby wsadzam w taksówkę i mówię gdzie ma ich zawieźć. Przyjeżdżam o różnym czasie. O 23 ruszamy do Oaxaca.
Dzień 4
Dojeżdżamy na dworzec w Oaxace ok. 5.15 nad ranem. Bierzemy taksówki do hotelu i.... całujemy klamkę....w polskim stylu dobijamy się do środka, po czym recepcjonista oświadcza, że check-in jest od 12... Chciałem wybłagać choć jeden pokój na bagaże, ale udało się przekonać pana, żeby nam wszystkim dał pokoje od ręki. Sam hotel bardzo przyjemny, chociaż jak ktoś ma jakiś malkontentów w grupie, albo ludzi cierpiących na bezsenność, to może lepiej, żeby nie spał w pokoju z oknem na ulice.
Daje im czas do 9 rano. Każdy organizuje sobie śniadanko we własnym zakresie, co grupie się bardzo podoba. Niektórzy trafiają w 10ke, niektórzy proszą, żeby ich zabrać w dobre miejsce. Idziemy najpierw na targ. Kupuje dla nich kiść bananów jabłkowych, którymi są zachwyceni i 10dkg chapulines, którymi zachwyceni są mniej, ale ostro próbują, nagrywają filmiki itp. Później dla osłody zabieram ich do "la soledad" na gorącą czekoladę... Wychodzimy stamtąd, gdzie podjeżdża chicken bus i stoi w korku...okazuje się, że jedzie do wioski zaraz koło ruin Monte Alban. Wszyscy zgodnie wybierają opcję tańszą i jedziemy lokalnym busem: totalny folklor, dużo miejscowych, robią dużo zdjęć, oklejamy busa naklejkami Kiribati, po czym idziemy ok. 45min w palącym słońcu, podziwiając widoki i biały kolor panujący w dolinie... po drodze mała przerwa na piwko i już jesteśmy na ruinach, gdzie nie ma wielu turystów. Ponownie czytamy sobie nawzajem przewodniki i śmiejemy się z różnych wersji dot. ruin i zaginionych cywilizacji i oglądamy 2 kolibry uparcie latające koło drzewka, pod którym zrobiliśmy sobie przerwę. Wracamy ta sama droga i ty samym autobusem. Po powrocie idziemy na obiadek w centrum, ale nikt nie chce iść do muzeum zobaczyć skarb. Robimy czas wolny do końca dnia, bo stwierdzili, że się tak najedli, że nie będą jedli kolacji. Ok 22, z większością grupy wychodzę na tequilę i salsę... Kończy się powrotem do hotelu o prawie 3 nad ranem.
Dzień 5
Jedna para jest spóźniona (zaspali...) ponad 20min, ale w końcu się zbieramy...Jedziemy do Tule, gdzie jest jeszcze ciemno i prawie nie widzimy drzewa. Przed dotarciem na miejsce, kierowca zabiera nas na śniadanie do miejscowej, bardzo prowizorycznej knajpki. Śniadanie jest super, tortille smażone na ogniu rozpalanym specjalnie dla nas. Pod koniec wyjazdu, ludzie wspominają to jako najlepsze śniadanie w Meksyku. W Hierve del Agua, idziemy na mały trekking. Na początku każdemu się podobało, ale po 30 minutach już narzekali na panujący upał. Trudy wynagrodziła im kąpiel w źródełkach i piękny widok z góry. Pojechaliśmy do Mitli (35peso), ale nie każdy wchodził na ruiny, bo wiele osób cierpiało z powodu choroby morskiej i skutków poprzedniej nocy. Niektórzy nakupowali sobie na lokalnym targu pamiątek, inni poszli się napić naturalnych soczków. Później przyszła kolej na przedzieranie i farbowanie wełny za pomocą koszenila, a na końcu fabryka mezcala, która chyba bylł najsłabszym punktem programu. Mimo wszystko kupiliśmy sporo likierów na bazie mezcala (polecam o smaku guanabany! rewelacja!). Jeszcze obiad po drodze, krótka przerwa i jesteśmy w drodze do Zipolite. Pomimo aviomarinu, musieliśmy się zatrzymywać wiele razy... Nawet ludzie, którzy twierdzili, że nigdy nie cierpią na chorobę tego typu...mieli małe problemy. Po drodze chwyciliśmy gumę, co opóźniło trochę nasz przyjazd na miejsce. Ludzie trochę wystrachani standardem (na szczęście ich wcześniej uprzedzałem, ze Mexico Oaxaca jest trochę lepszy standard), ale z rana wszystkim przeszło, gdy zobaczyli piękną plażę i ocean.
Dzień 6
Cieszyli się pięknem (przy skałach pływały delfiny!) i kąpielami słonecznymi. Większość śniadaniowała się w naszym hoteliku. O 15 wybraliśmy się na snorkling zorganizowany przez znajomego. Sam snorkling świetna sprawa, (kolo przyjeżdża po nas do hotelu zdezelowanym ogórem i wiezie do Puerto Angel, gdzie następuje przydział sprzętu i w drogę) widzieliśmy żółwie, ładna rafę, a podczas powrotu przy brzegu udało nam się zobaczyć płaszczki. Wszystko trwa ok. 2-2.5 godz. ludzie ogólnie zadowoleni. Na kolacje udajemy się do restauracyjek na wschodniej plaży na wyborne owoce morza (większość raczej ryby, jako że nie było wielu zwolenników frutti di mare). Wieczorem "lokalny" Amerykanin mieszkający w naszym hoteliku zaprasza nas wraz z Jorge na imprezę. Cała grupa się ochoczo dołącza.
Dzień 7
Spacerek do strefy collectivo, skąd odjeżdżamy do Ventanilii. Namorzyny załatwiamy u chłopaków. Po wycieczce na łódce, przewodnik zabiera nas do siebie do domu i przedstawia całej rodzince. Mama robi dla nas tortille z miąższu kokosowego (pycha!) my zamawiamy po jednym kokosie ze słomką, a później chłopcy uczą się obsługi maczety:) Jest wesoło. W drogę powrotna jedziemy na stopa na pace aż do Mazunte, gdzie idziemy do rezerwatu żółwi. Nikt nie jest zachwycony. Podjeżdżamy jeszcze kawałek do San Augustinillo na kąpiel i na obiad. Spotykamy polskich backapackersow, którzy dołączają do nas na obiad. Wracamy do Zipolite, jemy wspólna kolację, kupujemy skrzynkę piwa i biesiadujemy wieczorem na hamakach w hotelu.
Dzień 8
O 10 rano wyruszamy do P. Escondido. Zahaczamy o iguanarium. Nie wszyscy chcą jechać na ostrygi, bo nie są wielkimi fanami. Dojeżdżamy do Playa Zicatella i checkinujemy się do hotelu (wcześniej dzwoniłem zarezerwować). Wszyscy są zachwyceni pokojami i w ogóle im się podoba. A szczególnie basen. Idę do portu załatwić połów ryb na dzień następny. Grupa się dzieli na 2 obozy: aktywnych i pasywnych: Ci drudzy łącznie przez 3 dni nie byli nawet w morzu. Woleli siedzieć przy basenie hotelowym...
Wieczorem idziemy na wspólny posiłek do jednej z knajp na Zicatelli. Większość grupy jest zachwycona posiadaniem kuchni w hotelu i możliwości przyszykowania śniadania i przekąsek.
Dzień 9
O 6 rano w 5 osób jedziemy taksówka do portu i wypływamy w morze. Podziwiamy wschód słońca. Jedziemy na połów ryb, ale zamiast 5 zaplanowanych godzin, wracamy już po 2.5 z powodu samopoczucia dziewczyn. Wracamy jednak z 2metrowym miecznikiem, od razu na jedna z małych plaż. Zostajemy w piątkę na plaży, aż do zmroku. Reszta leżakuje nad basenem. Wieczorem wspólnie wychodzimy na kolację.
Dzień 10
Właściciel hotelu udostępnia nam jeden pokój bez dodatkowych opłat. Większość chce zostać w basenie lub wyjść na plażę. Jedna para mnie prosi, żeby z nimi pojechać do Agua Blanca na ostrygi, więc jedziemy tam lokalnym busem. Bardzo im się podoba. Wracamy ok. 16 i idziemy z całą grupą na kolacje. Łapię taksówki dla 3 par, a reszta jedzie ze mną collectivo na dworzec. Stamtąd punktualnie mamy busa do San Cristobal de Las Casas.
Dzień 11
Po wolnym czasie na śniadanko (ja w tym czasie idę pozałatwiać wszystko w biurze) spotykamy się i pokazuję im miasto, mercado de indigenos, gdzie robimy czas wolny. Zachęcam również do pójścia do muzeum. Wraz ze mną wybierają się tam 4 osoby i są zachwycone. Ja z reszta tez! Moim zdaniem obowiązkowo! Na kolację idziemy do irańsko-indyjskiej knajpy na ul. 5 de Mayo! Polecam!
Dzień 12
Jedziemy do Kanionu. Pogodę mieliśmy spoko. Było znacznie cieplej niż w San Cristobal. Po powrocie eksplorujemy miasto. W kilka osób ruszamy na ciekawy, bardzo kolorowy i głośny cmentarz (zbliża się 1-szy listopada)
Dzień 13
4 osoby jadą na wycieczkę samochodem (za żadne skarby nie chcieli się dać przekonać, aby się wybrać na koniki - jeden facet ma uczulenie, reszta nie bo nie). Ja jadę z reszta grupy na koniki. Grupa była średnio zadowolona z koników. Ja jak zwykle byłem zachwycony. Natomiast jak najbardziej zadowoleni z pobytu w kościółku San Juan Chamula. Wieczorem kolacyjka w fajnej orientalnej knajpce i mała imprezka w Pub de la Revolucion.
Dzień 14
Wyruszamy w kierunku Palenque z samego rana (7.00) Po drodze śniadanko w lokalnej knajpce. Grupa zgodnie decyduje się na zmianę planu. Bardzo chcą odwiedzić ruiny w Toninie i zostać jeden dzień dłużej w Plaenque, kosztem ostatniego dnia w Playa del Carmen. Zwiedzamy ruiny w Toninie - jesteśmy tam sami plus lokalni pracownicy, a ruiny robią niesamowite wrażenie. Na wodospadach Agua Azul niestety, mimo słonecznej pogody, tym razem woda bardziej przypomina kolor brązowy pewnie wcześniej sporo padało. Na miejscu próbujemy argentyńskich empanad. Później spokojnie jedziemy do Misol-Ha i kąpiemy się pod wodospadem. Ok 18 docieramy do Palenque.
Dzień 15
Jedziemy collectivo na ruiny, gdzie wynajmujemy lokalnego przewodnika. Pani mówi po angielsku, ale z tak silnym akcentem, że wychodzi lepiej jak ona mówi po hiszpańsku, a ja tłumaczę, mimo, że cała grupa zna angielski. Kończymy zwiedzać dopiero o 16, po czym wracamy do hotelu i na zmianę bierzemy prysznic w dodatkowo wynajętym pokoju. Jemy kolacyjkę w knajpce zaraz koło dworca. Jedziemy nocnym autobusem do Meridy.
Dzien 16
W Meridzie jesteśmy o 4.30 nad ranem i nikomu nie chce się chodzić po mieście. Więc jedziemy dalej do Piste. Tam kwaterujemy się w hotelu i idziemy zwiedzać Chichen Itza. Później obiadek w miasteczku i relaks w hotelowym basenie. Wieczorem idziemy na pokaz światło i dźwięk (polecam audio guides!!), a wieczorem robimy mała imprezkę nad basenem.
Dzień 17
Z samego rana jedziemy autobusem do Cenoty. Jest wspaniale, bo jesteśmy całkowicie sami. Dopiero po godzinie zjeżdżają się wycieczki Amerykańców. Warto pojechać rano! Jemy lunch i jedziemy do Tulum, gdzie jesteśmy około 18.00. Hotelik, w którym zawsze nocujemy tym razem jest zamknięty, więc szukamy czegoś innego. Grupa decyduje się zapłacić więcej i lądujemy w droższym miejscu. Akurat mamy szczęście, bo trafiamy na okres po 2tygodniowych opadach, więc nie ma turystów i dostajemy niezłą zniżkę. Uczestnicy decydują się zostać do końca w Tulum, zamiast jechać do Playa del Carmen.
Dzień 18
Jedziemy prawie cała grupą na snorkling i z kilkoma osobami umawiamy się na następny dzień na nurkowanie z butlą z centrum nurkowego.
Dzień 19
Wypoczywamy na plaży, robimy zakupy w mieście. Niestety z powodu złej pogody i wysokich fal nie wyruszamy nurkować. Wieczorem impreza do rana.
Dzień 20
Z samego rana zwiedzamy ruiny, a później kompletny luz i relaks. Jedziemy do miasta na pożegnalną kolację.
Dzień 21
O piątej rano jedziemy taksówkami na dworzec skąd mamy busa do Cancun. Tam mamy trochę wolnego czasu, więc niektórzy włóczą się po centrum, a ja z kilkoma osobami jedziemy do zona hoteleria zobaczyć turystów zwykłych biur podróży, tłoczących się na przeciętnych plażach. Później wczesny lunch i jedziemy shuttle bus na lotnisko. Wylatujemy bez opóźnień do Mexico, a stamtąd do Amsterdamu.
Dzień 22
Zgodnie z planem lądujemy w Amsterdamie. Jako, że mamy aż 6godzin przerwy, jedziemy do centrum pociągiem. Razem zwiedzamy centrum miasta. Kilka osób wykupuje sobie trip po rzece Amstel, a inni idą coś zjeść. Umawiamy się już na lotnisku i każdy bez problemu dociera o czasie. Zgodnie z planem lądujemy w Warszawie.